Eugeniusz Oniegin
Zakochałam się w Onieginie Kwietnia!
Było to w 2002 roku na premierze warszawskiej produkcji Mariusza Trelińskiego w doskonałej scenografii Borysa Kudliczki i świetnych kostiumach Joanny Klimas. To przedstawienie śni mi się po nocach. Właściwie pamiętam prawie każdą scenę. I ta muzyka... to przeżycie absolutnie wypełniło moje wyobrażenie o romantycznej, nieszczęśliwej miłości. Nie płakałam tylko dlatego, że mój mąż siedział obok i spoglądał na mnie zazdrosnym wzokiem, co jednoznacznie świadczyło o tym, że jego też przekonała kreacja wokalno–aktorska Mariusza Kwietnia. A zachwycić mojego męża jest naprawdę trudno!
Jedną z moich ulubionych jest scena, kiedy Tatiana w pięknej, amarantowej sukni z trenem przerzuconym przez rękę, w której trzyma długą fifkę tańczy z Onieginem. Oboje piękni i młodzi tańczą w głębi sceny w bardzo symboliczny sposób, odchyleni od siebie, każdy pogrążony w swoich myślach i wspomnieniach. Pozornie wyzuci z emocji. Kołyszą się wolno na podświetlonej podłodze z czarnych kwadratów rozdzielonych białymi paskami i czerwonymi kwadracikami. Na pierwszym planie stary Griemin (który aktualnie jest mężem odtrąconej niegdyś przez Oniegina Tatiany) śpiewa piękną arię o swojej miłości do pięknej, młodej żony, która „pojawiła się w jego życiu jak promień słońca“.
Druga scena, która jest przedmiotem westchnień romantycznej, kobiecej duszy ma miejsce w jadalni. Tatiana z Grieminem siedzą przy długim stole przykrytym obrusem w kolorze czerwonego wina. Srebrnymi łyżkami spożywają wirtualną zupę. Potem Tatiana miotana swoimi emocjami zostaje sama. Brzęk srebrnych łyżek i obrus zamienia się w dywan. Wchodzi Oniegin.... w smudze ciepłego światła pada na kolana i na tych kolanach z pasją wielkiej namiętności zbliża się do ukochanej, która opiera się o stół, żeby nie zemdleć z wrażenia. „Jakby tak do mnie ten Kwiecień tak szedł po tym dywanie do bym tam chyba umarła“- powiedziała po spektaklu moja siostra.
Pewnie! Każda by „umarła“.
Niedoszli kochankowie śpiewają piękny duet o tym , że szczęście tak blisko było....“ale się zmyło“
Najsławniejszą jednak arią z tej opery jest tenorowy wyciskacz łez „dokąd odeszły beztroskie dni mojej młodości“. To aria poprzedzająca pojedynek, gdzie dwóch do wczoraj serdecznych przyjaciół stoi do siebie tyłem (w inscenizacji Trelińskiego) z uniesionymi pistoletami w oczekiwaniu na sygnał sekundanta. Duet ma przepiękny tekst Leński i Oniegin wyrażają swoje myśli śpiewając w kanonie ten sam tekst o tym jak wieloletni przyjaciele w jednej chwili stali sie śmiertelnymi wrogami. Zdają sobie sprawę z absurdalności sytuacji i obaj się zastanawiają czy nie rozejść się w pokoju, jednak nikt pierwszy nie wyciąga ręki...
Drodzy Państwo życzę wam takich emocji podczas oglądania spektaklu z La Scali i zazdroszczę, że będą mogli Państwo go obejrzeć. Ja widziałam tylko fragmenty w internecie. Przyznam szczerze, że parę pomysłów reżyserskich mnie zaskoczyło. Nie wszystkie mnie przekonały, ale mogę śmiało powiedzieć, że są duże szanse na wielkie wzruszenia. A to głównie z powodu Mariusza Kwietnia, który podbił świat jako Don Giovanni, dla mnie jednak jest Onieginem. Myślę, że to dlatego, że „duszoszczypatielna“ muzyka Czajkowskiego przemawia do mnie bardziej niż muzyka Mozarta.
Bez względu na wrażenia z Moskiewskiej produkcji namawiam Państwa gorąco, żeby zobaczyć Oniegina w warszawskiej operze. Będzie taka szansa w przyszłym roku. Oniegina będzie śpiewał Artur Rucińcki. Już się nie mogę doczekać...
A póki co tradycyjnie zapraszam do Multikina.
Pozdrawiam z San Francisco, gdzie wczoraj miałam przyjemność zadebiutować.
Małgorzata Walewska
San Francisco 2.X.2009









