L'Orfeo (Orfeusz)
Orfeusz, bohater mitologii greckiej to wdzięczny temat operowy, bo Orfeusz był śpiewakiem! Sam sobie akompaniował na lutni albo kitarze. A śpiew jego był tak piękny, że potrafił nie tylko oczarować ludzi, ale też poskromić żarłoczne bestie i uspokoić wzburzone morze.
I w taki oto sposób już w starożytnej grecji muzyka łagodziła obyczaje.
W 1600 roku Giulio Caccini i Jacopo Peri napisali „dramma per musica“ o tytule „Euridice“, ale dopiero siedem lat później baśń muzyczna „L’Orfeo“ Monteverdiego zyskała miano pierwszej opery, a Claudio został mianowany ojcem tego gatunku. A to wcale nie dlatego, że był pierwszy, tylko dlatego, że jego Orfeusz był najlepszy z niewielu zachowanych dzieł tego okresu. Orfeusz święcił triumfy do połowy XVII w., potem został zapomniany aż do początku XX w. Od tego czasu gości często na światowych scenach, czego dowodem będzie transmisja z La Scali.
Te pierwsze, przedstawienia o świeckiej, głównie mitologicznej tematyce były bardzo odległe od opery jaką znamy. Komponowane na zamówienie uświetniały ważne wydarzenia i dostarczały rozrywki. Wystawiane na dworach królewskich i salonach arystokracji w symbolicznych dekoracjach, oświetlone świecami i lampami oliwnymi.
Wstęp muzyczny, poprzedzający przedstawienie, który dziś nazywamy uwerturą w baroku oznajmiał wejście króla. Co prawda taką funkcję miała uwertura francuska, ale jak się słucha wstępu do Orfeusza to aż się prosi, żeby król wszedł i zasiadł. W operach Monteverdiego muzyka nabrała nowego znaczenia. Większa obsada, dopracowana melodyka i harmonia, kontrasty wzmagające napięcie, chór biorący udział w akcji. To Monteverdi jako pierwszy wymagał od śpiewaków ruchu scenicznego ilustrującego opowieść. Początkowo było to przedmiotem drwin, ale w krótce się okazało, że „ojciec“ jak zwykle miał rację. „Boski Claudio“ rozbudował orkiestrę, która nie służyła już tylko do akompaniowania solistom, ale miała także samodzielny wpływ na budowanie emocji przedstawienia. A nie było łatwo! Zrobiło się duże zapotrzebowanie na muzyków. W orkiestrze grał kto mógł i jak umiał. Nie istniały wówczas szkoły muzyczne, zapraszano do zespołów osoby, które uczyły się gry we własnym zakresie, nie mogło być mowy o poprawnym technicznie i intonacyjnie wykonaniu utworu. Szczęśliwcy, którzy będą słuchali tego dzieła w wykonaniu mediolańskiej orkiestry!
Monteverdi wprowadził nowe intrumenty. Np. rodzaj miniaturowych organów o meblowej nazwie „regał“ nomen omen zasilany mechanizmem „książkowym“. To Monteverdi jako pierwszy zastosował powracające motywy przewodnie. Ok 300 lat później Ryszard Wagner posługiwał się nimi w swoich operach.
W prapremierze Orfeusza w Pałacu Królewskim w Mantui w roli Eurydyki wystąpił chłopiec – sopran, aż 4 postacie śpiewane były przez jednego sopranistę – kastrata*.
Chłopcy wykastrowani przed okresem dojrzewania, charakteryzowali się pięknymi, kobiecymi głosami o potężnym brzmieniu i dramatycznej barwie. Byli obsadzani w rolach wymagających "anielskich głosów". Praktyka kastracji wiąże się z zakazem papieskim, zabraniającym kobietom publicznych występów.
W transmisji z La Scali w roli Orfeusza wystąpi Georg Nigl, tenor śpiewający z dużym powodzeniem zarówno muzykę dawną jak i współczesną. Eurydyką będzie barokowa specjalistka Roberta Invernizzi. W tej produkcji także dwie role; Posłaniec i Nadzieja są śpiewane przez tę samą osobę – mezzosopranistkę Sarę Mingardo.
Ciekawa jestem jakie zakończenie zaproponuje w swojej produkcji Robert Wilson. Monteverdi zaproponował happy end, gdzie Apollo zabiera Orfeusza do nieba, towarzyszy temu taneczna muzyka. Wielu reżyserów sięga jednak do oryginalnego zakończenia mitu, gdzie Orfeusz zostaje rozszarpany przez Menady, jego szczątki zostają wrzucone do rzeki. Jego lira i głowa, której usta wciąż jeszcze śpiewają, płyną z nurtem aż na wyspę Lesbos. Muzy zanoszą lirę Orfeusza do nieba (stąd mamy gwiazdozbiór lutni).
W operze klasycznej bohaterowie cierpiący z powodu utraconej lub nieszczęśliwej miłości popełniają samobójstwa, albo rzucają się w wir walki, aby godnie polec za ojczyznę na polu chwały albo wstępują do klasztoru. Orfeusz natomiast był tak zrozpaczony po śmierci Eurydyki, że nie mógł wyobrazić sobie życia z inną kobietą, w związku z tym wyrzekł się kobiet i....(jak podaje Owidiusz) „przerzucił“ się na chłopców !!! To dlatego Menady go rozszarpały.
W tym kontekście bardzo wymowne staje się motto śpiewane przez chór duchów ; „tylko ten co zdoła pokonać samego siebie dostąpi wiecznej chwały“. Co prawda motto to odwołuję się do tego, że Orfeusz nie wytrwał w wierze, że Eurydyka podąża za nim w powrotnej drodze z Tartaru i odrócił się, żeby spojrzeć na ukochaną, która w tym momencie zamieniła się w kamień. Tu też następuje pewna rozbieżność, bo u Monteverdiego Orfeusz przyrzeka Plutonowi, a nie jak w micie Charonowi że nie spojrzy na Eurydykę, aż do momentu gdy wyjdą na światło dzienne. A Pluton nie zamienia Eurydyki w kamień tylko oddala się ona „krokiem opiętym we wstęgi całunu“. Tak czy inaczej jest pretekst do pięknej dramatycznej arii.
Oglądając transmisję z La Scali nie porównujmy Orfeusza do znanych nam oper. Pamiętajmy, że to początek operowego świata. Zwróćmy uwagę na emocjonalny związek muzyki z tekstem, brawurową, koloraturową arię Orfeusza z III aktu. Mam nadzieję, że kamerzyści pokażą muzyków i orginalne instrumenty.
* Jeśli chcą Państwo poszerzyć swoją wiedzę na temat kastratów to polecam książkę Tomasza Raczkiewicza „Kastraci – kreatorzy włoskiej sztuki operowej w Europie XVII i XVIII wieku“
Oprócz tego zawsze polecam Państwu przewodnik operowy Piotra Kamińskiego „1001 opera“, do którego sama chętnie i często zaglądam.
Bardzo żałuję, że nie będę mogła razem z państwem oglądać transmisji z La Scali. Na pewno obejrzę jak tylko wrócę do Europy.
Serdecznie pozdrawiam z San Francisco Opera, gdzie przygotowuję się do swojego debiutu w roli Azuczeny.
Zapraszam do Multikina
Małgorzata Walewska
San Francisco 9.XI.2009








