Tristan i Izolda
Kowalscy postanowili pójść do opery. Ustawili się po bilety w kolejce pod kasą. Przed nimi gość kupuje bilety: – Tristan i Izolda. Dwa poproszę... Kowalski jest następny: – Zygmunt i Regina. Dla nas też dwa...
Nawet człowiek wrażliwy na klasyczne dźwięki, taki co to nie przełącza kanału jak śpiewają arie, a i czasem do opery pójdzie, boi się Wagnera! Czy słusznie?
Wychodząc z przedstawienia Verdiego czy Mozarta można sobie podśpiewywać melodie słyszanych przed chwilą arii. Wychodząc z przedstawienia Wagnera teoretycznie trudno coś zanucić, ale..... chociaż u Wagnera nie istnieją jako takie arie to jednak niektóre motywy są bardzo melodyjne i wpadają w ucho, jak na przykład wypromowane przez „Czas Apokalipsy“ Coppoli „Cwałowanie Walkirii“ czy grany często na ślubach marsz weselny z „Lohengrina“.
Jednak rozumiem tych, którzy się boją, bo sama dojrzałam do muzyki Wagnera dosyć późno, dopiero w Wiedniu miałam szansę usłyszeć „Tristana i Izoldę“ w doskonałym wykonaniu. Moja nagła sympatia do Wagnera zaowocowała nawet nagraniem pieśni „Wesendonk Lieder“, z muzyka skomponowaną do wierszy Matyldy Wesendonk. Miłość do Matyldy była również natchnieniem do napisania „Tristana i Izoldy“, a te ulubione przeze mnie pieśni stanowiły studium do pracy nad dziełem. Polecam posłuchać w ramach rozgrzewki przed projekcją.
Opery, a właściwie dramaty muzyczne Wagnera trwają po pięć godzin! Ale zapewniam Państwa, że jeśli wykonanie jest dobre to nie czuje się niewygodnego krzesła i nie myśli o niewyłączonym żelazku. Jeśli dzielnie wytrwamy do końca, to czeka nas niespodzianka w postaci przepięknej sceny śmierci Izoldy.
Właściwie co ja opowiadam?! Że wysiedzieć pięć godzin słuchając pięknej muzyki jest trudno?!? Proszę sobie wyobrazić pracę śpiewaków, którzy przez te pięć godzin dają z siebie wszystko!
Wagner wymaga wielkiego głosu i nie lada kondycji. Spotkałam w życiu tylko trzech tenorów o wzroście około dwóch metrów, to odtwórcy czołowych ról wagnerowskich. Ian Storey, grający Tristana w La Scali, to też wielki człowiek do wielkich ról, tak samo jak potężny Fin Matti Salminen w roli króla Marka. Matti do dusza człowiek, urodził się 4, a ja 5 lipca, często świętowaliśmy razem urodziny w przepięknej Savonlinnie na festiwalu operowym w średniowiecznym zamku. Kiedyś wielki Matti w obszernym kostiumie zaklinował się w okienku strzelniczym, przez które musiał dostać się na scenę. Ale to historia na inną okazję.
Waltraut Meier pochodzi z Würtzburga. W 1997 roku w Wiedniu śpiewałyśmy na zmianę przedstawienia Carmen. Potem Waltraud zdecydowała się pójść w stonę repertuaru dramatycznego sopranu (na taki głos jest napisana partia Izoldy). Waltraud ma wyrazisą osobowość i jest dobrą aktorką, jestem pewna, że się państwo nie zawiodą.
Chciałam jeszcze uprzedzić tych, którzy spodziewają się przepychu i królewskich insygniów. Nic takiego! Ta produkcja jest wyjątkowo nowatorska i oszczędna w środkach, jak na konserwatywną La Scalę. Kostiumy bardzo współczesne, a i styl gry raczej w kierunku „Clinta Estwooda“.
Zapraszam do Multikina,
Małgorzata Walewska








